The Wolf of Wall Street

 

insia: Pamiętacie „The Social Network” Finchera? To przygotujcie się, bo dostaliście film o dwie klasy lepszy.
Scorsese tak jak Fincher posiadł sztukę robienia fantastycznych filmów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nudne. „Wilk z Wall Street” to film, w którym teoretycznie niewiele się dzieje, a przez całe 2godz.59min. (!) ani razu nie spojrzałam na zegarek. Film, w którym praktycznie nie ma muzyki, a zachwyca (za to kiedy już muzyka się pojawia – jest genialna). Film, który wciąga tak, że ani na chwilę nie odrywasz oczy od ekranu – a nie przecież to ani nie film akcji, ani sci-fi ;] Montaż, zdjęcia… długo mogłabym zachwalać.
Leonardo genialny jak zawsze. Nie jestem jego fanką, ale jedno muszę przyznać – gra znakomicie. Jeśli nie dostanie za ten film Oscara, to naprawdę nie wiem, za co innego. Chociaż patrząc na jego ostatnie dokonania – koleś chyba dopiero się rozkręca.
Jonah pozytywnie zaskakuje. Jon Bernthal („Walking dead”) też bardzo dobry. Margot Robbie przepiękna, do tego zagrała idealną sucz – dla mnie Cameron w „Adwokacie” się chowa.
Jazda po Macu? Bomba. Teksty o Gekko? Świetne. Dialog z ojcem o wygolonych cip*ach? Nieziemski. Titanic all over again? Genialne. (Pierwsza myśl: Pacific Rim 2:P) Natomiast przy ‚fuckity fuck’ zwariowałam kompletnie. (Whovianie zrozumieją ;)) A ten smaczek na końcu? (Spoilers…) Pysznie.
Do czego mogę się przyczepić? (Przecież zawsze głównie tego wypatruję w kinie ;]) Film jest nieco przewidywalny, choć to może bardziej zasługa życia, niż scenariusza. Celowo nie czytałam kompletnie niczego na temat Belforta, żadnej recenzji, zero – chciałam dać się zaskoczyć. Nie do końca wyszło, ale ideały nie istnieja 
Dla mnie mocna, zdecydowana 10. Panie Scorsese, moim skromnym zdaniem w najbliższym kwartale chyba tylko „The Grand Budapest Hotel” może dorównać pańskiemu dziełu. Choć to trochę inny gatunek.

Kinowy Nowy Rok zaczął się dla mnie konkretnie. Pozostaje łudzić się, że jego reszta będzie choć w połowie tak dobra ;]

forkiada: DiCaprio zasłużenie dostał Złotego Globa za rolę w filmie. Scorsese sięga do jednego ze swoich najlepszych filmów – „Chłopcy z ferajny”, a scenariuszowo montaż dopasowuje do realiów współczesnych i prowadzi fabułę tak, że 3 godziny w kinie mijają bez cienia znużenia. Kapitalnie zagrane kino, nawet przez postaci drugoplanowe, gdzie Johan Hill ewidentnie już zrywa z etykietką pociesznego grubaska (a z początku jego rola w „Moneyball” wydawała się być jednorazowym wybrykiem). Reszta obsady równie udana, a przede wszystkim naturalna. Jest seks, kłamstwa, narkotyki, a te przestarzałe pozwalają DiCaprio wspiąć się na wyżyny aktorstwa ;] Zdecydowanie polecam!