Można się czepiać płaczliwej relacji, można chwilę pomarudzić przy mało porywających dialogach, ba można nawet być złośliwym i stwierdzić, że wizja Spike’a Jonze to taki cyberpunk dla ubogich. No bo przecież już „Ghost in the Shell” w 1995 roku poruszał podobne kwestie, tylko w bardziej stechnicyzowany sposób. Jednak reżyser umieścił bohaterów w świecie nie tak odległym od naszego, gdzie większość zastępuje rzeczywiste emocje, kontaktem z komputerem, tworząc w sobie ułudę doświadczania prawdziwego życia. Jonze z jednej strony pływa w walentynkowej melodramatycznej kliszy, z drugiej jednak, z rozbrajającą szczerością ostrzega przed kolejnym nałogiem naszych czasów i trzeba przyznać, że serwuje to w sposób naturalny, może nieco uproszczony, ale z pewnością sugestywny, o czym w pewnym momencie daje znać filmowa żona głównego bohatera – Rooney Mara.