Utarło się przekonanie, że podstawą każdego trwałego związku jest odnajdywanie w sobie cech wspólnych, dzięki którym nasza percepcja zauroczenia rośnie z minuty na minutę. W konsekwencji staje się fundamentem dojrzałej relacji. W „The Lobster” reżyser w dużej mierze przejaskrawia ten obraz i zaprasza do specyficznej gry z pogranicza samotni, przywiązania i seksualności. Dla głównego bohatera to droga przez mękę i poświęcenie. Po rozstaniu z żoną trafia do ośrodka, który zajmuje się kojarzeniem samotnych serc. Jeśli tego celu nie dokona w ciągu 45 dni, trafia do lasu i zostaje zamieniony w wybrane przez siebie zwierzę.

Jeśli ktoś wcześniej nie miał styczności chociażby z „Kłem” Yorgosa Lanthimosa, uzna scenariusz za kuriozalny. W gruncie rzeczy ten wyjątkowy zabieg to raczej próba odwrócenia uwagi od problemu bliskości i wyrzeczeń jakie jesteśmy w stanie podjąć, aby choćby na siłę związać się z kimkolwiek. Pobożne życzenia filmowego Davida (w końcu świetna kreacja Colina Farrella) w zamianę w homara po śmierci, stają się raczej jego niespełnioną projekcją. Tak jak tytułowe zwierzę, chciałby być płodnym przez całe życie, dlatego też za wszelką cenę stara się urzeczywistnić cel posiadania kogoś, przywdziewając gombrowiczowską maskę. Maskę dodajmy beznamiętną, nie zdradzającą żadnych emocji. Wszystko po to, aby przypodobać się kobiecie uważanej w ośrodku za niedostępną i wyrachowaną sukę.

Natura miłości w rozumieniu Lanthimosa staje się w filmie wydmuszką, a jej poszukiwanie to poświęcenie własnego „ja” kosztem poczucia jakiejkolwiek emocji. Jest mężczyzna, który potajemnie okalecza siebie, wywołując krwawienia z nosa. Dla jego partnerki są one niestety czymś naturalnym. Strach przed samotnością u zakochanego wygrywa. Liczy się przecież cecha wiążąca parę, jakkolwiek fałszywa by ona nie była.Lanthimos, zamiast operować standardowym dramatem wprowadza także sporą dawkę ironii i surrealistycznego dowcipu. W drugiej części filmu, jest to wyraźnie widoczne chociażby w scenie wspólnego słuchania muzyki w lesie (każda z osób posiada własny odtwarzacz). Zabieg mieszania gatunków pozwala reżyserowi przykuć widza w fotelu do samego końca projekcji, a ten co chwilę wyczekuje kolejnego niespodziewanego twista w scenariuszu. Szukanie granic człowieczeństwa nie musi być przedstawione w oczywisty sposób. Chociażby z tego powodu warto „The Lobster” zobaczyć.