Jeśli odczuwasz niedosyt seksualnych emocji w swoim życiu i chciałabyś zobaczyć najładniejszą kuśkę pokazaną na dużym ekranie, a Ty miłośniku kina zawsze czujesz podnietę przy doskonale wymodelowanych kobiecych ciałach, to film spełni wasze oczekiwania w 100%. Uchodzący za ekscentrycznego Gaspar Noé, reżyser m. in. tak dobrych tytułów jak „Nieodwracalne”, „Wkraczając w Pustkę”, czy „Sam Przeciw Wszystkim”, porwał się trochę z motyką na słońce. Tłumacząc swoje nowe dzieło jako najpiękniejszy naturalny film o miłości, tworzy właściwie porno-teledysk, bez zbytniego zaangażowania w warstwę fabularną. Główny bohater, Murphy, to romantyk-filmowiec, posiadający wiele cech wyciętych z popularnego obecnie szablonu – samca alfa. Zdarza się, że macha swoim orężem w innych kierunkach niż swoja dziewczyna, a konsekwencje tegoż stają się motywem przewodnim scenariusza.

Dzięki temu Noé osiąga swój cel, portretując kochanków w dość wybuchowych sytuacjach, często doprawianych używkami, przywołując retrospektywne namiętności z początku ich relacji. Niewiele jest produkcji, w których sceny łóżkowe potrafią być tak autentyczne i w dużym stopniu artystyczne, co podkreśla klasę reżysera. Z drugiej jednak strony, świadomość opowieści rodem z harlequina trywializuje znaczenie całości. Nawet autoironiczne wątki i cytaty z poprzednich filmów nie ratują „Love”. Murphy w jednej ze scen tłumaczy nowo poznanej dziewczynie, że chciałby zrobić piękny i autentyczny obraz o najważniejszym z uczuć, po czym lądują razem w toalecie w wiadomym celu. Po obejrzeniu „Love” pozostaje wrażenie, że Gaspar Noé nakręcił film z podobnych pobudek. Dobrze, że przy okazji zna się na muzyce.