„Kryptonim U.N.C.L.E.” Guy’a Ritchiego to przerysowana wizja arcypoważnego kina szpiegowskiego spod znaku Bonda i Jasona Bourne’a. Humor i ironia skrzą się tutaj gęsto. Mierząca 190 cm Elizabeth Debicki jako czarny charakter może nie przyciąga wzrokiem tak jak w „The Great Gatsby”, ale doboru kiecek może jej pozazdrościć niejedna kobieta. Włochy lat 60 wyglądają niczym pocztówka z wakacji. Są soczyste, przepełnione nasyconymi kadrami, do tego wzbogacone pieczołowicie wycyzelowanymi atrybutami tamtych czasów, począwszy od wystroju hotelu, poprzez pluskwy do podsłuchu, na biżuterii i garniturach szytych na miarę kończąc. Okres zimnej wojny nigdy jeszcze nie był przedstawiony tak pięknie.

Armi „Winklevoss” Hammer w roli agenta KGB to doskonały przykład nadpobudliwego bohatera, przypominający zachowaniem Hulka z komiksów. Z kolei Henry „Superman” Cavill to szarmancki obywatel świata. Agent CIA, który z jednej strony mógłby napisać książkę „Jak jeść zupę”, z drugiej bez problemu przelecieć Twoją żonę. Wypisz, wymaluj kolejne wcielenie Bonda. Gaby w za dużych okularach krząta się i miota pomiędzy wspomnianą dwójką, co chwilę prowokując ich do słownej żonglerki. A że Ritchie świetnie operuje dialogiem, kolejne personalne docinki o przysłowiową „długość kuśki”, stają się praktycznie przewodnim motywem filmu.

Jako przedsmak przed „Spectre”, w wakacyjny sezon dostajemy akcyjniaka z popularnym ostatnio montażem, nie odbiegającym zbytnio od retrospektyw znanych chociażby z „Ocean’s Eleven”. Dzięki mieszance ciętych flashbacków z klasycznym prowadzeniem akcji widz odkrywa (jeśli wcześniej sam jakimś cudem nie wpadł) kolejne twisty w scenariuszu. Skoro już mowa o scenariuszu, zapomnicie o nim po 5 minutach. Bomba atomowa to nośny temat, ale większą uwagę skupicie na wybuchach ego głównych bohaterów. Ritchie świetnie bawi się konwencją. Dystans, cięty dowcip, charakterystyczne postaci i efektowna realizacja to już praktycznie wizytówka reżysera. Nie inaczej jest tym razem.