I love the quiet of the night time when the sun is drowning in the deathly sea” – śpiewa wokalista White Lies. Taki też obrót sprawy przyjmuje film, któremu ciemne lokalizacje sprzyjają bardziej niż sceny kręcone za dnia. Ma to także swoje przełożenie na oniryczny wydźwięk całości. Gdyby subiektywnie jednym zdaniem ocenić dzieło irańskiej reżyserki – Any Lily Amirpour, wystarczyłoby popularne stwierdzenie: „przerost formy nad treścią”, tyle że zawsze diabeł (w tym przypadku wampir) tkwi w szczegółach.

 

A szczegółów jest tutaj mnóstwo. Zachwycają wysmakowane czarno-białe zdjęcia, precyzyjnie i sterylnie dopracowane. Ucho szybko nastraja się do etnicznej rytmiki, a główna bohaterka przyciąga wzrokiem, bynajmniej nie z powodu „indie-rockowej” aparycji, co raczej złożonej osobowości. Niczym komiksowy superwampir w czadorze potrafi odgryźć palec dealerowi narkotyków, z drugiej strony walczy z własną nieśmiałością i delikatnym usposobieniem. No i jest potwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach to kobieta robi pierwszy krok jeśli chodzi o nastrój podczas randki. Poczekajcie tylko do najbardziej sugestywnej sceny z utworem White Lies wymienionym wcześniej. Jej dychotomia uczuć przekłada się także na jasne i ciemne strony samego miasta, które to klimatem z kolei przypomina kadry filmów Sergio Leone.

Reżyserka ucieka czasem w stronę młodzieżowego taniego romansu, przesyconego imprezowym trybem życia w erze wszechobecnych smarfonów i nowych technologii. Konwencja jednak jest o tyle do przyjęcia, że często przeplata się ona z lekkim lynchowskim surrealizmem.

 

Wampiry ogólnie mają pecha w kinie. Albo przyjmują pozę metroseksualnych Romeo dla zatroskanych dziewic, albo stają się komiksową kliszą, tyle że dla podniesienia czynnika grozy, zalewa się kadr hektolitrami krwi dla wywołania lęku u widza. Śmiem twierdzić, że od czasu „Wywiadu z wampirem” nie było tak ciekawej ekranizacji o tej tematyce.