Zderzenie z naturą, masywne opady śniegu, ślizgawica na stokach, zimno w pięciopalczastych rękawiczkach, przemoczone buty wynagradza nam kontakt z żywiołami naszej planety. Ale zamiast męczyć was kolejnymi truizmami dlaczego zdobywanie szczytów jest ciekawsze od januszowego opalania bębna na plaży, jako argument wytaczam działo w postaci „Everest”.

1. Historia oparta jest bowiem na faktach i przedstawia komercyjne wyprawy dwóch ekip, w których biorą udział zarówno dziennikarze, modnisie jak i doświadczeni himalaiści. Jak nietrudno się domyślić ich światy zderzają się dość szybko na wysokościach, przy których zwykłemu śmiertelnikowi nawet ogromna dawka deksametazonu nie pomoże przy obrzęku mózgu.

2. To co udaje się reżyserowi to trzymanie na uprzęży wszystkich aktorów, tak aby głównym bohaterem od początku do końca była Korona Świata. Nie znajdziecie zatem bełkotu o heroizmie jednostki. Nie ma komiksowego bohatera, który nadludzką siłą ratuje wszystkich wspinaczy, choć Bukriejew może się takim przez chwilę wydawać. Nawet Josh Brolin z pokorą znosi kaprysy i kurewsko ciężki charakter najwyższego szczytu.

3. Baltasar Kormakur z chirurgiczną wręcz precyzją dba o szczegóły, gdzie lodowate powietrze praktycznie tnie nasze ciało prosto z kinowego ekranu. Każdemu himalaiście daje tyle swobody, aby prowadził wewnętrzną walkę z samym sobą, a także aby widz, od czasu do czasu, wzruszył się melodramatyczną historią w wersji mini członków wyprawy.

4. Reżyser nie ocenia, nie podejmuje próby usprawiedliwiania klęski niektórych wydarzeń. Mocno jednak obrywa się w filmie dziennikarzowi, Jonowi Krakauerowi. Czy bezzasadnie to już widz musi rozstrzygnąć. Dyskutuje także o tym Burkiejew w swojej książce „Wspinaczka. Mount Everest i zgubne amibicje”, który przedstawia zupełnie inny punkt widzenia niż wspomniany redaktor i autor „Wszystko za Everest”. Dwie pozycje godne uwagi, którego świetnym przedsmakiem jest film Baltasara Kormakura.