Nie wiecie co zrobić z niedzielnym popołudniem? Rosół nie smakuje już tak jak dawniej? Dowcipy w „Familiadzie” zaczynają pachnieć naftaliną? Wybierzcie się zatem na familijną wycieczkę do Francji.
Kino z tego rejonu ma to do siebie, że nawet dramat potrafi przekuć w komedię z morałem. Taki jest właśnie film Erica Lertigaua, który przygląda się rodzinie Bélier, gdzie jedyną słyszącą osobą jest dorastająca nastolatka – Paula.

Mogłoby się wydawać, że siłą nośną „Rozumiemy się bez słów” będzie tematyka niepełnosprawności, jak to miało miejsce w „Nietykalnych”. Tymczasem dla reżysera to głównie opowieść o szukaniu własnego miejsca w świecie, realizowaniu marzeń, czy nawet przełamywaniu barier społecznych. Każdy z bohaterów posiada własne fobie, które z początku demotywują do podjęcia jakiejkolwiek próby zmiany swoich przyzwyczajeń. Fantastycznie absurdalny plan ojca Pauli, jest blokowany przez strach osób, które nigdy nie wyszły poza swoją strefę komfortu. Córka z kolei, stoi na rozdrożu pomiędzy pasją do muzyki, a rolą łącznika w bezdźwięcznym świecie pozostałych domowników.

Reżyser nie wpada w zbytnią zadumę i co chwilę przeplata socjologiczną dysputę żartobliwym gagiem, często z pogranicza młodzieńczych dylematów seksualno-uczuciowych. I choć czasem trącą banałem, nie są aż tak trywialne, aby nie poświęcić 2 godzin swojego życia na seans wśród najbliższych. Zwłaszcza dla bardzo dobrego melodramatycznego finału.