Pewnie większość z Was zna założycielkę fundacji Rak’n’Roll Joannę Prokopowicz, która po długiej walce zmarła na raka. Ten film, jak mówi jej mąż – reżyser, inspirowany jest ich życiem. Ciężko oceniać „Chemię” w kategorii „dobry” czy „zły”. Ciężko oceniać czyjeś życie i emocje.

Historia Leny (Agnieszka Żulewska) i jej partnera Benka (Tomasz Schuchardt) zaczyna się niczym typowy melodramat, romans i wyciskacz łez. Lena, osoba kolorowa, szalona, pełna życia, spotyka na swojej drodze apatycznego, szukającego odpowiedniej chwili na śmierć, Benka. Zakochują się w sobie miłością mocno zwariowaną, pełną pasji i namiętności. Biorą ślub. Szybko jednak dogania ich ponura proza życia. Okazuje się, że Lena jest chora na raka i jest w ciąży. Film od tego momentu staje się mrocznym dramatem, walką o każdy wspólny dzień bohaterów. Walką samej Leny, bezsilnością jej męża i dziecka, które jest razem z nimi. Film jest niewątpliwie szczery i kipi od emocji. Scena w której Lena pokazana jest bez piersi, naga, bez włosów, rozdziera serce. Zmusza widza do spojrzenia w głąb siebie, każe mu się zastanowić nad kruchością życia. Nad wieloma zmiennymi, na które nie ma wpływu.

Nie zmienia to faktu, że „Chemia” razi swoją sztucznością. Rysunkowe historie, w których rak atakuje organizm Leny przeszkadzają w odbiorze obrazu. Oba te zabiegi wciśnięte są w fabułę na siłę. Pojawiająca się i śpiewająca wokalistka Mikromusic nie wnosi nic do filmu. Rozmowy głównych bohaterów czasami są miałkie. Czy warto iść do kina?. Tak, dla samej Agnieszki Żulewskiej.