Kopalnia złota w Serra Pelada w Brazylii. 50 tysięcy ludzi. Spoglądasz na pierwsze dołujące czarno-białe kadry i od razu dostrzegasz fotografa tworzącego historię, który chce być jej częścią, odgórnym komentarzem, zostawiającym specyficzną notkę na karcie naszej planety. Reżyser Wim Wenders dokłada wszelkich starań, aby z dokumentu stworzyć coś więcej niż prezentację pstryków w powerpoincie. Chwała mu za to, że pod płaszczem przejmujących zdjęć stoi także bogata w anegdoty autobiograficzna opowieść o człowieku, który jak stwierdza także jego syn: „chce uczynić świat bardziej sprawiedliwym”.

Sebastiao Salgado, bo to o nim mowa, wierzy w swoją misję. Co prawda wzbudza kontrowersje wycyzelowanymi kadrami biedy i cierpienia z ponad stu zakątków świata. Ale jest w jego portretach ten dosłowny pierwiastek człowieczeństwa, nad którym wrażliwsza część populacji powinna się pochylić i nie pozostawać obojętnym na niedolę emigrujących ludów z krajów trzeciego świata. Film z początku nie napawa optymizmem. Jeśli więc Twoja wyobraźnia woli wyprzeć widok umierających ciał w Afryce, wychudzonych trupów, czy rzezi w Rwandzie to i tak warto pozostać przy seansie do końca. Artysta swoim albumem „Genesis” na nowo odkrywa siebie. Zrzuca z siebie jarzmo dokumentalisty, dla którego jak twierdził „nasza historia to historia wojen”. Wszystko po to, aby ukierunkować swój talent na piękno Ziemi i fotografować zakątki nietknięte jeszcze przez zachodnią cywilizację.

Jeśli macie zobaczyć jeden dokument w tym roku, niech to będzie „Sól ziemi”. Docenicie zarówno stronę wizualną, formę, jak i wysiłek fotografa włożony w albumy, nad którymi pracował czasem po 8-10 lat.

Strona poświęcona artyście: http://www.amazonasimages.com/travaux-sahel