Do nowych „Gwiezdnych Wojen” podeszłam z jednej strony z ogromną ostrożnością, z drugiej – naiwnym, stuprocentowym zaufaniem. Fakt, swego czasu byłam za wyborem del Toro czy Snydera, ale pogłoski dochodzące z planu tylko podsycały moje zainteresowanie i wiarę w JJ’a. Dlatego na dzień premiery zaopatrzyłam się w bilety na 2 seanse…  i żałuję, że nie trzy.

Mimo swojej przewidywalności, film wywoływał we mnie niesamowite emocje, seans zleciał w tempie błyskawicznym, zaś po wyjściu z sali miałam ochotę od razu do niej wrócić. Tak, również po drugim seansie. A o to mi chodziło; nie spodziewałam się artystycznych cudów, ale szacunku dla oryginalnej trylogii, kina przygody, porządnych (praktycznych) efektów, ciekawych, dobrze napisanych postaci, porywającej muzyki i urzekającej historii – może prostej jak przysłowiowy świński ogon, jednak wciągającej od początku do końca. I wszystko to dostałam. Fakt, Abrams rozegrał film ‚bezpiecznie’, ale czy nie tego pragnęli fani GW? Dzieło sprawia momentami wrażenie bonusowej części Starej Trylogii, ubranej w skórzaną, cieżkawą kurtkę nowoczesności. Ale ja to kupuję.

Uwielbiam sposób w jaki kino łączy kompletnie obcych sobie ludzi i aż łzy kręciły mi się w oku, kiedy publika wielokrotnie w trakcie seansów biła brawo, wiwatowała, wymachiwała mieczami świetlnymi… Za to kocham magię filmu.  Skoro cieżko o tyle cudownych, pozytywnych emocji w życiu codziennym, dlaczego nie szukać ich na sali kinowej?