Człowiek to taka sentymentalna istota, która chętnie większość dobrych chwil zatrzymałaby w pamięci jak najdłużej, albo przeżywała ponownie. Dodajmy do tego jeszcze zachowanie fizycznej młodości, ciało bez zmarszczek i oto otrzymujemy baśniowy film o kobiecie, która została zamknięta w pułapce czasu. Pułapce, która pozwoliła jej zatrzymać zegar biologiczny i przez prawie cały wiek boryka się z problemem przemijania najbliższych.

Można było tę historię opowiedzieć na setki interesujących sposobów, począwszy od zbierania przeróżnych doświadczeń życiowych, poprzez upadek moralny, eksperymentowanie z własnym życiem, kończąc nawet na samobójczych czy hedonistycznych zagadnieniach.

Ale tam gdzie zaczynają się oczekiwania tam kończy się logika. Przeszkadza sztampowa historia miłosna. Brak chemii pomiędzy dwójką kochanków sprawia, że zgrzytamy, zębami czekając na jakikolwiek twist w tym banale. Przeszkadza lektor à la Krystyna Czubówna, który łopatologicznie tłumaczy „zawiłości” scenariusza. Niestety, w przeciwieństwie do naszej dziennikarki, już podczas tłumaczenia przyczyn braku starzenia się głównej bohaterki mocno zaczyna się krztusić. Kluczowy w scenariuszu Harrison Ford przyprószony siwą brodą stara się jak może, aby obronić luki w miłosnej intrydze. Wielka szkoda, że aktor tej klasy rozmienia się na drobne, choć jest szansa, że całego skryptu w rękach nie posiadał.

Jeśli masz w domu kota i pijesz z nim wino, „Kopciuszka” oglądasz z niekłamaną przyjemnością przynajmniej raz w miesiącu, a po klasyczne bajki Disney’a sięgasz nawet częściej, „Wiek Adaline” to film dla Ciebie. Istnieje nawet szansa, że zachwycisz się choreografią, zdjęciami i świetną figurą Blake Lively.