Sorrentino ma jedną niepowtarzalną zaletę. Potrafi wykorzystać współczesną popkulturę, aby z artystycznym kinem trafić do szerszego odbiorcy. „She Wolf (Falling to Pieces)” Davida Guetty doskonale odzwierciedla emocje jakie towarzyszą Fredowi Ballingerowi (Michael Caine) oraz jego córce (Rachel Weisz), kiedy ta rozlicza ojca z grzechów rodzicielstwa, płacząc przy okazji po rozstaniu z narzeczonym. Choćby dla tej sceny warto zmierzyć się z „Youth”.

Skoro już jesteśmy przy pozytywach. Ponowna współpraca z Luca Bigazzi pozwala zachwycać się niesamowitymi kadrami szwajcarskiego hotelowego spa. Dopieszczone lokalizacje alpejskiego sanatorium, pojawiająca się w połowie filmu zjawiskowa Miss Universe, stylizowane artystyczne wnętrza – każde zdjęcie zostaje tak przepuszczone przez filtr luksusu, że nawet stare twarze głównych bohaterów wydają nam się naturalnie piękne. Reżyser idzie przez ten zabieg trochę na łatwiznę. Forma często przykrywa treść. W „Wielkim Pięknie” miało to swoje uzasadnienie. „Youth” to pływanie w tym samym morzu konwencji co film oskarowy. Dla jednych będzie to wada, dla innych bazowanie na wypracowanym stylu.

Stylu dodajmy, w którym znów człowieczeństwo pomimo, że z tych ekskluzywnych sfer, sprowadzone zostaje do stawiania pytań o szacunek dla własnej starości. W „Youth” Fred toczy walkę z muzycznymi duchami przeszłości, a Mick (Harvey Keitel) woli odważną walkę z hipsterską grupą scenarzystów, aby nakręcić swój łabędzi śpiew. Całości niestety brakuje odważnych punktów, których jest raptem kilka, jak scena z nieprzewidywalną Jane Fondą w samolocie, czy Fredem zaprzęgającym zwierzęta do własnej orkiestry. Każda kolejna cyniczna konwersacja przyciąga niestety zbyt oczywiste klisze stetryczałej retrospektywy i mimo, że aktorzy dobrani są znakomicie, to jednak duch ekzkluzywności i mocnego seksualnego napięcia gdzieś niestety ulatuje. No, może poza sceną w parku.