Czegoś równie cudownie absurdalnego nie oglądałam od „Scott Pilgrim vs the world„. Temat wałkowany setki razy w tę i we w tę, tutaj pokazany z innej perspektywy. Można? Można! Na dodatek bez zbędnego melodramatyzmu. Najlepszy przykład, że nawet w Hollywood potrafią odświeżyć przemielony na wszystkie strony gatunek młodzieżowej dramy.

Zachwycają młodzi aktorzy, szczególnie w poruszającej odpowiednie struny, nakręconej na jednym ujęciu scenie kłótni. Debiutujący RJ Cyler wydaje się nie tyle być urodzonym do zagrania zblazowanego Earla, co po prostu przez cały film być sobą. Punisher w roli nauczyciela sprawdza się idealnie (dając przy okazji kilka życiowych lekcji). Ogólnie: zdjęcia, kolorystyka, kadrowanie. I ten cudowny pomysł z domową „przeróbką” filmowych klasyków! Wszystko tu pięknie zagrało. Mogę porównać jedynie do Wesa Andersona, choć mamy tu całkiem inny styl – jednocześnie równie dopracowany.

Film z pewnością nie był wśród amerykańskich nastolatek równie wielkim hitem co chociażby „Gwiazd naszych wina” czy „Szkoła uczuć„, jednak zdecydowanie podbił moje serduszko jako jedno z najukochańszych dzieł w całym 2015.