Za co, za co ten Złoty Glob?!? Bo chyba po znajomości. O ile w „Poradniku pozytywnego myślenia” czy „American Hustle” Jennifer miała CO zagrać, tutaj… niekoniecznie. Litości. Tak przewidywalnego filmu to ja dawno nie widziałam. Wiem, na faktach. Wiem, życie tak wygląda. Ale czy nie można podać tego w jakiś smaczniejszy, intrygujący sposób? Mniej amerykański czy banalny? Może z aktorką koło 40tki, zamiast udającej ją 25ciolatki?

Miło, że autorzy pokazują, że życie nie zawsze jest różowe, a marzenia, nawet te spełnione, mają swoją cenę. Choć nie, to nie autorzy a samo życie to ukazuje (historia poniekąd inspirowana życiem prawdziwej osoby), więc nawet tutaj nie należą się pochwały, o brawach całkowicie zapominając. Dodatkowo, jeśli ktoś wczyta się w historię Joy, nagle całość nie okaże się być ani tak czarno-biała, ani tak bajkowa jak w filmie. Ostatecznie z biografii kobiety-wynalazcy robi się film z fabułą ledwie muskającą w niektórych miejscach rzeczywistość. Do tego bardziej o kobiecie-sprzedawcy. To po prostu zbiór scen, o których z góry wiemy, do czego prowadzą – gdyż jest to podane na samym otwarciu filmu. Aż prosi się zapytać – po co więc potrzebny jest ten film? Aby było czym zapełnić tegoroczne nominacje? Nie opowiada on ani o drodze ku szczęściu, ani o próbach połączenia bycia matką i kobietą biznesu; ba, nie pokazuje nawet co takiego szczególnego Joy ma (lub nie ma, co mogłoby wywołać pospolite ruszenie niespełnionych kobiet tego świata pt. ‚hej, ja też mogę próbować‚).

Film przez niektórych aktorów przeszarżowany, przez innych zagrany na tzw. ‚odwal się’, tudzież autopilocie. Widocznie cały świat jest przekonany, że duet Russell + Lawrence (plus kilku standardowych aktorów mniej lub bardziej w tle; Cooper, de Niro i spółka) są w stanie pociągnąć każdą opowiastkę, nawet tak bzdurną jak ta o przeróbkach mopa. Miało być feministycznie, wyszło po prostu nudnie. Podobali mi się jedynie Édgar Ramírez oraz Virginia Madsen, ale to zdecydowanie za mało.

Kiedy mam ochotę na taką ilość dramy, włączam prywatne guilty pleasure w postaci „The Bachelor”. I z reguły nawet tam bawię się lepiej niż na tym filmie.