Już na otwarciu film porywa świetną ścieżką dźwiękową, by zaledwie chwilę później zachwycić świeżym spojrzeniem na ekranizację komiksu. Ekranizację, która mimo R-ki, przekleństw i masy przemocy jest przezabawna. Oraz pełna klasy, nawet kiedy na ekranie mamy „trzaskanie po mordzie”, strzelaninę czy rzucanie czarnemu charakterowi pogardliwej odzywki. Ponieważ ‚manners maketh man’.

Colin Firth, którego osobiście wielbię w każdej roli, zaskakująco dobrze sprawdza się jako agent nie stroniący od mocnego słownictwa. Kultowa już scena w kościele doprowadziła mnie w kinie do płaczu ze śmiechu, co zdarza się rzadko – zdecydowanie częściej jestem zmuszona patrzeć z zażenowaniem; ale nie w tym przypadku! Podobnie z kolorową sceną z finału opowieści.

Taron Egerton jest w swej roli bardzo przekonywający; sprawia wrażenie urodzonego w dresie zabijaki, po czym przechodzi sporą przemianę – i jako początkujący ‚pan z parasolką’ również jest niezły. Samuel L. Jackson bawi się swoją rolą chyba nawet bardziej niż w “Django”; widać jak na dłoni jak wielką frajdę sprawia mu gra bohatera przerysowanego aż do granic możliwości (wystarczy powiedzieć: sepleniącego złoczyńcy z nietolerancją widoku krwi); postaci, która obejrzała o jeden film szpiegowski za dużo.

Aktorzy na drugim (Mark Strong, Michael Caine) a nawet trzecim planie (Mark Hamill) również świetnie odgrywają czarno komediowe role. Nie mogę również nie wspomnieć o przeuroczym J.B. oraz równie pięknej co zabójczej Gazelle.

Jedyne, co nie pasuje mi do całości to ostatni żart ‘z dupy’. Co nie zmienia faktu, iż to kolejny po “Gwiezdnym pyle” jeden z moich ulubieńców wszechczasów, który wyszedł spod ręki Matthew Vaughna. Sam Bond by się uśmiał.