Tu i ówdzie w zakamarkach internetu przewijają się narzekania na pierwszą połowę filmu. Dla mnie takie powolne budowanie intrygi & napięcia rzadko komu się udaje, a te quentinowskie wciągnęło mnie bez reszty. Oglądanie „Nienawistnej ósemki” jest niczym pójście do dobrej restauracji, gdzie na wymarzone danie nieco trzeba poczekać; jednak nikomu się nie śpieszy, wiedząc, że ostatecznie dostanie coś wyjątkowego i wartego czekania. Niektórzy lubią mieć wszystko podane na tacy, szybko i ‚na teraz’, niczym w fast foodzie; inni wolą delektować się grą aktorską, scenografią (mało kto potrafi umieścić tyle akcji w praktycznie jednym pomieszczeniu), kostiumami (ta kolorystyka!), muzyką (prawie w całości napisaną na potrzeby filmu – po raz pierwszy u Quentina – i słusznie nagrodzoną Złotym Globem), genialnymi dialogami, wszechobecną makabrą, by niespodziewanie ocknąć się na finale. Choć tym razem reżyser zaserwował nam także bonus.

Samuel L. Jackson nie błyszczał tak od dawna (możliwe, iż od czasu „Pulp fiction”), Jennifer Jason Leigh rzeczywiście jest fantastyczna i przekonująca jak nigdy dotąd, nawet Czajnik Tatum – choć wiadomo, jakieś 5 klas niżej od reszty – daje tutaj radę; być może służy mu granie w odzieży. Chociaż szkoda, że udając Beyonce wykazał więcej zdolności aktorskich niż pod wodzą Tarantino.

Quentin z jednej strony pokazuje coś świeżego w swoim kinie, coś odkrywczego, lecz jednocześnie jest to kolejny film powielający schematy poprzednich. Takie „Wściekłe psy” na Dzikim Zachodzie. Mimo wszystko wybitny. Aż żal, że twórca pojawia się tutaj jedynie jako narrator.