Bardzo lubię serię „Niezniszczalni”, jednak miło było dla odmiany obejrzeć Sylvestra grającego ‚co nieco’, a nie głównie bawiącego się swoją rolą. Szczególnie, kiedy bryluje z tak niewymuszonym poczuciem humoru, a jednocześnie momentami bywa uroczo zagubiony.

Dla mnie to Rocky jest bohaterem tego filmu. To jednocześnie słaby i mocny punkt produkcji. Mocny, bo konkretnie daję radę. Jako widz wczułam się w jego sytuację,  przeżywałam losy bohatera razem z nim. Poddałam się,  by jednak stoczyć walkę. Ba, nawet kilka razy zakręciła mi się w kąciku oka łezka czy dwie. Pewnie przemiawa przeze mnie bardziej sentymentalizm, niż rozum, ale naprawdę liczę,  że Sly dostanie w tym roku Oscara – zasłużył. Za całokształt.

Jednocześnie to nigdy nie jest dobrze, kiedy bohater drugoplanowy w takim stopniu przyćmiewa główną postać. Nie tyle jest mi obojętny los Adonisa, co jego twarz. Mogliby zamienić Michaela na jakiegokolwiek innego aktora, a film oglądałoby się podobnie. Nie jest zły; raczej bezbarwny. Niby wygląda odpowiednio, jest wystarczająco szybki, gibki a przy tym i niegłupi. Niby ma podstawy na dobrą historię,  jednak jakoś… nie wiem, nie porywa? Z jednej strony to dobrze, film nie jest ‚typowo amerykański’  (może poza końcówką), ale nie przestaję myśleć, że można było to rozegrać lepiej. Choć nie wiem dokładnie,  jak. Ale w końcu jestem jedynie skromnym widzem.

Moją uwagę przyciągnęła za to Tessa Thompson. Ta dziewczyna ma w sobie coś bardzo oryginalnego, coś, czego nie potrafię nazwać,  ale co sprawia, że patrzy się na nią z nieustannym zainteresowaniem. I nie mam na myśli jedynie warstwy wizualnej.
Na uwagę zasługują także dynamiczne sceny walk, nakręcone na jednym ujęciu. Marvel mógłby się uczyć.
Podsumowując: „Creed” na pewno jest wart wycieczki do kina. Jest zdecydowanie lepszy od poprzedniej części. Ładnie nakręcony, porządnie zagrany, z ciekawą ścieżką dźwiękową i nie-aż-tak-sztampową historią. O ile to pożegnanie Sly’a z rolą, to jest to pożegnanie na poziomie.