Do tej pory fanką warsztatu aktorskiego Eddiego Redmayne nie byłam, ale Matthiasa Schoenaertsa oraz Alicii Vikander jak najbardziej (kto obecnie nie jest?). I to głównie dla tej dwójki zdecydowałam się wybrać do kina. Co nie zmienia faktu, że Eddie w strojach z lat 20. XX wieku wygląda fantastycznie i coś mi mówi, iż w “Fantastycznych bestiach” będzie całkiem… fantastyczny. I tak, w charakteryzacji jest ładniejszy od sporej części kobiet. Ale wracając do tematu.

Film porusza trudny temat w taktowny sposób. W trakcie seansu można odnieść wrażenie, że to raczej opowieść o miłosnym trójkącie, uczuciach bardzo silnych, nie słabnących mimo przeciwności losu i masy wahań emocjonalnych niż o jednej z pierwszych w historii operacji zmiany płci. Nie ma tu miejsca na tanią sensację czy tkliwe próby wywołania łez. Jest za to ogrom aktorskiego kunsztu.

Eddie nie szarżuje swoim talentem; jest subtelny, aluzyjny, wręcz – nomen omen – kobiecy. Niewielkim gestem, ruchem dłoni, mrugnięciem czy nawet ledwo zauważalnym drgnięciem mięśnia twarzy potrafi przekazać, co mu w duszy gra. Jego filmowa żona w pewnym momencie stwierdza, że są tacy sami – pozwolę się sobie nie zgodzić. Dla mnie Alicia gra wyjątkowo postępową, hardą i pewną swych przekonań kobietę, nie bojącą się działać, nie tylko w imię miłości, lecz także we własnych interesach. Przy tym wszystkim bardzo samotną, choć kochaną…

Dzięki wyśmienitemu aktorstwu i urokliwym zdjęciom, film ogląda się przyjemnie, nawet mimo kilku dłużyzn i właściwie braku ścieżki dźwiękowej. To spokojne dzieło, nieco smutne, przygnębiające, ale jednocześnie dające nadzieję. 

Bo jaki piękny byłby świat, w którym każdy mógłby w pełni być sobą.