Piszę świeżo po wyjściu z kina; może być bałaganiarsko, ale raczej bezspoilerowo.

Już od otwarcia porywa genialna ścieżka dźwiękowa. Kto by się spodziewał, że Hans Zimmer i Junkie XL stworzą taki udany duet? Dokładnie słychać, które dźwięki wyszły spod czyjej ręki, w niektórych momentach mile się przeplatają. Zaś motyw Wonder Woman… Ach.

W ogóle, WW ma mocne wejście, które w dodatku cieszy publikę. Wiadomo, Gal Gadot brakuje kawałka cyca i bica, jednak zdecydowanie nadrabia wdziękiem. Oraz brawurą.

Supek nieco mniej lalusiowaty niż ostatnio. Standardowo brak mu charakteru, ale też po prostu niewiele miał do zagrania. Na bank przy drugim seansie wynajdę więcej powodów do marudzenia. ;]

Ponarzekać mogłabym sobie też na Lois. Można zwątpić czy jest ruda w tym filmie… W kilku momentach naprawdę nie grzeszy rozumkiem.

Alfreda nie ma w filmie zbyt dużo, ale kiedy już się pojawia – bryluje. Nie spodziewałam się niczego innego po Ironsie.

Jesse tym razem nieco zmienił swą manierę. Jego Alexander jest szalony, to prawda. Ma typowe eisenbergowskie zagrywki, jednocześnie wnosi też do tej roli odrobinę świeżości. Niestety, jedynie jeśli chodzi o grę tego konkretnego aktora… Jako Lex wypada niewiarygodnie, przynajmniej dla mnie. Gdzie mu tam do mojej ulubionej postaci…

Oj, co ja się napsioczyłam na Batflecka! A tu proszę: chyba najmocniejszy punkt wieczoru. Jego Batman jest przede wszystkim inny od poprzedników, co przy kilku udanych interpretacjach wydaje się być zadaniem niełatwym. Zbroja: pierwsza klasa. Głos: nie przesadzony. Sekwencja snu: boska. (Jakże urocze były te skrzydlate stworzonka!) Zabawki: udane jak zawsze. Kochałam Tumblera całym sercem, ale ile radochy sprawił mi wjazd nowego Batmobila! Od czasów R8ki w pierwszym Iron Manie nie podskakiwałam tak dziarsko na siedzeniu. 😉 Dodam, iż sprawianie radochy to warunek numer jeden, którego oczekuję od ekranizacji komiksów, czy też kina komercyjnego w ogólności. Tutaj też nie mam więc na co narzekać. Ale najbardziej wykazał się Ben w roli Bruce’a Wayne’a. Jest po prostu… taki ludzki. Zdecydowany. To nie jest film, w którym powinny targać nim moralne rozterki. Z chęcią obejrzałabym solowy film o Batmanie w wykonaniu Afflecka.

Na linii Supek vs Batman mogę się przyczepić do zbyt szybkiej zmiany frontu. Może będzie to lepiej wyglądało w wersji reżyserskiej, choć nie bardzo mają co tam zmienić.

Nie mogłabym nie odnieść się do kilku krążących plotek. W temacie ciężkości filmu: tym razem, przynajmniej moim zdaniem, Snyder odnalazł złoty środek między ‚poważny’ a ‚mroczny’. Nie odniosłam wrażenia, że coś było na siłę. Film ma klimat, jest pyszny pod względem technicznym (poza jednym momentem z baaardzo słabym cgi i niekoniecznie chodzi o Doomsday’a). W stylu Zacka, a zarazem inny od „Sucker Punch” czy „Watchmen”. To się chwali. Co do ‚inteligentności’, nie uważam, żeby widzowie mieli problem z połapaniem się w fabule. Umówmy się, nie oglądam jedynie ekranizacji komiksów. 😉 Lecz poza jednym, moim zdaniem niepotrzebnym momentem, wyjaśniającym pewną niewielką rzecz niczym przysłowiowej krowie na rowie, film cechuje się normalnym podejściem do widza – nie wymaga łamigłówek umysłowych, jednocześnie nie traktując go jak idiotę. To coś, czego mi często brakuje w komercyjnym kinie.

Podobał mi się sposób w jaki twórcy rozegrali camea. Właściwie jedyny logiczny. Niespodzianka: dwóch się nie spodziewałam. Naprawdę nie mogę nic więcej napisać, żeby zbyt wiele nie zdradzić. Dodam, że jedno niespodziewane oraz jedno jak najbardziej spodziewane wywołały u mnie fangirlowskie okrzyki radości. 🙂

Na koniec: jednak nie wiedzieliśmy o filmie wszystkiego. Na szczęście.