Kiedy z kinowego ekranu słychać zarzut w kierunku Kukuczki, że miłość do gór to zwykle leczenie kompleksów i niedowartościowania, ten z rozbrajającą szczerością potwierdza i dodaje, że właściwie to jego szukanie celu jest próbą zmagania się z własnymi niedoskonałościami.

To chyba jedna z najbardziej motywujących scen w filmie. I nawet jeśli w „Jurku” pojawia się wiele kadrów bardziej sugestywnych, to reżyser nie stawia himalaiście pomnika. Nie ocenia jego brawury na ośmiotysięcznikach,  przez co całość jest jeszcze bardziej autentyczna.
Wysoczyński jakby spoza ekranu też przeżywa każdą opowiedzianą historię, czego dowodem jest mrówcza praca u podstaw dokumentu, która owocuje szczerymi emocjami najbliższych Kukuczce osób. Reżyser na szczęście daleki jest od prowadzenia scenariusza w kierunku „gadających głów”. Archiwalne materiały grają tutaj główną rolę, a opowieści żony to z jednej strony zaakcentowanie pasji wspinacza, z drugiej zmaganie się z ciągłym strachem o kolejny szczęśliwy powrót męża do domu.

W niedawno wyświetlanym w kinach „Everest” pada pytanie o celowość kolejnych wypraw na Mount Everest. I choć film tylko ślizga się fabularnie po wewnętrznych nastrojach komercyjnych wypraw, to trafnie podsumowuje „Jurka”: „ostatnie słowo zawsze należy do góry”.