Refn znany jest ze swojej precyzji jeśli chodzi o kadry i zdjęcia. Tym razem scenariuszowo wstrzelił się fantastycznie, bo modowa tematyka połączona z jaskrawymi, chirurgicznie sterylnymi barwami współgra ze sobą idealnie. Jeśli rozsmakowywałaś się pastelową tonacją „Drive”, a Twój bliski znajomy przeżywał audiowizualne halucynacje przy „Only God Forgives”,to przy „Neon Demon” poczujecie równie surrealistyczne wibracje, pomimo dość oszczędnej fabuły. Refn doskonale operuje obrazem. Wszystkie ujęcia spokojnie mogłyby znaleźć się na wystawie fotograficznej.

Umówmy się, to jest po prostu jeden wielki edytorial, który znakomicie ogląda się na dużym ekranie. Z pewną siebie śmiałością reżyser przełamuje kolejne tabu, urastające w jego mniemaniu do rangi sztuki. Sama krew to dla niego kolejny artystyczny środek wyrazu, do czego zdążył nas już przyzwyczaić w swoich poprzednich produkcjach. Ostrzegam jednak, często przyjdzie wam doświadczać zachwytu jak i obrzydzenia jednocześnie. I choć można narzekać na brak silnej puenty, jednozdaniową fabułę, kolejną słabą rolę Keanu Reevesa, „Neon Demon” świetnie podsumowuje współczesną popkulturę.