Na samą myśl, że muszę kimś zos­tać, ogar­niał mnie nie tyl­ko strach, ale wręcz mdłości. Nie mogłem znieść myśli, że zos­tanę praw­ni­kiem, rad­nym, inżynierem czy czymś ta­kim. Ożenię się, będę miał dzieci, dam się złapać w struk­turę rodzinną. Codzien­nie będę chodził do pra­cy i wra­cał. Niemożli­wa sprawa. 

 

Pod pozornym kolekcjonowaniem codzienności Jarmusch sprzedaje nam wizję everymana, który jednak chce nie tyle zostać kimś, co być kimś. Kolejne poranki bohatera sennie snują się po ekranie, a widz odnosi wrażenie, że ma do czynienia z wypadkową Phila z „Dnia Świstaka” i Adama Miauczyńskiego z „Dnia Świra„. Rutynowe wykonywanie zadań i mechanizmów zdaje się Patersonowi przeszkadzać. Z drugiej jednak tak bardzo wtapia się w tło z wolna prowadzonej historii, że nawet entuzjazmowi ekspresyjnej partnerki często towarzyszy jego przyszywany sztuczny uśmiech.

Bo czyż nie takie życie prowadzi większość z nas? Czy to nas wzbogaca duchowo, czy raczej prowadzi ku skrajnej przepaści niespełnienia? Jako kierowca autobusu, Paterson prowadzi swój monotonny rytuał podsłuchiwania rozmów pasażerów. Bliźniaczo podobnych do tych, z którymi także spotykamy się każdego dnia. I wygląda to głównie tak jakby dawał się pchać losowi zamiast samemu o nim decydować. Jedynym poruszycielem staje się Laura, która od roku motywuje go do wyjścia poza swoją sferę komfortu.

Ale to nie jest film który ma podnosić na duchu. To nie jest kolejny warsztat technik coachingowych. Istotą filmu wydają się być  drugi plan. Nieszczęśliwie zakochany aktor, szef – maruda Patersona, dziewczynka – poetka oraz czworonóg z bólem egzystencjalnym wypisanym na pysku. Postaci przenikają się wzajemnie. Pojawiają się i znikają, tak jak wiersze głównego bohatera. Nasączone zostają ciągłą sinusoidą życia podyktowane przypadkowością. Ale być może to co dla Bukowskiego z cytatu wyżej jest sprawą niemożliwą, bohaterom filmu w pełni odpowiada.