Kiedy już wydaje się, że polskie kino przeżywa rozkwit i przestaje tylko wzorować się na zachodnich tytułach, nagle pojawia się film Agnieszki Holland w którym grzmi ona, niczym ksiądz z ambony o tym z jaką pogardą traktujemy naturę. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby propaganda nie wylewała się prawie z każdego kadru. Kadru, powiedzmy szczerze, doskonałego, za co należy podziękować Jolancie Dylewskiej. Ale bez zachwycających, momentami wręcz surrealistycznych zdjęć Kotliny Kłodzkiej film nosiłby znamiona nachalnej agitki proekologicznej.

Jeśli sama autorka definiuje „Pokot” jako: „feministyczno-anarchistyczny eko-thriller z elementami czarnej komedii” to już nie jest dobrze. Zamiast klasycznej opowieści z morałem dostajemy chaos gatunkowy, gdzie główna intryga pod pozorem grozy skrywa niestety znamiona groteski, a Holland z wprawą godną mało doświadczonego karykaturzysty puszcza oko do widza przez grube szło własnego okularu. Nie wiadomo, czy autorka „Pokotu” dedykuje ten film naturze czy bardziej serialowemu widzowi, który taką dawkę prostolinijnych banałów i bohaterów będzie w stanie przyjąć, traktując wszystko zero-jedynkowo.

Czasem nie trzeba mówić wiele, aby historia hołdująca Matce Ziemi stała się wiarygodna. Wystarczy prosty przekaz, którego w „Pokocie” zabrakło. Próba wstrzelenia się w mnogość konwencji, począwszy od Lyncha poprzez braci Coen, na skandynawskich thrillerach kończąc przynosi ze sobą wielowątkową katastrofę. A wystarczyło przecież czerpać wzorce z „Baraki” lub „Samsary”.