Umówmy się. Nolan nawet z kreskówki o Kaczorze Donaldzie zrobiłby blockbusterowy hit. Wystarczy zatrudnić Zimmera do dźwięku, skupić się na detalach w montażowni, zagęszczać atmosferę jak u Hitchcocka, a zwykły zwierzak urasta wtedy do rangi bohatera – ikony. „Dunkirk” nie odbiega zbytnio od tego wizerunku, ale główny akcent filmu to wybrzmiewające z każdego głośnika tony, pełne dramatyzmu i dostojności. 70 procent narastającego napięcia kreuje niepokojąca muzyka, która trzyma nas na brzegu fotela.

Druga innowacja to prowadzenie epizodu wojennego równolegle w trzech czasoprzestrzeniach. Nie jest może to tak intensywne jak w Incepcji, ale odnoszę wrażenie, że reżyser za cel postawił sobie próbę przełamania konwencji filmu wojennego i wprowadzenie gatunku na nowe tory. Czy mu się to udało to już kwestia subiektywna. Pomimo bardzo dobrej obsady, ekranizacji brakuje mocno zarysowanej postaci, która tym razem zostaje zastąpiona brytyjskimi oddziałami, walczącym o przetrwanie. Nolan ze znaną sobie nonszalancją wprawia widza w jeszcze większe zakłopotanie, nie pokazując twarzy ani jednego okupanta. Widz skupia się zatem głównie na paraliżującym strachu, który bije z każdego żołnierza pojawiającego się na ekranie.

Mógłbym nadal skupiać się na pozytywach, ale „Dunkirk” wpada w sidła obecnych filmowych superprodukcji. Ma być widowiskowo, głośno, najlepiej z egzaltowanym do granic możliwości patosem w tle. Nolan swego czasu bardzo dobrze sprawdzał się w minimalistycznych formach i tego mi tutaj brakuje. Czasem o traumach lepiej mówić szeptem.